niedziela, 27 października 2013

Krótkie coś ; )

   Hej ; ) Nie zamierzam się tłumaczyć z tak długiej nieobecności na tym blogu, bo to chyba nie ma sensu... Chciałam gdzieś wstawić krótką notkę, którą napisałam pod chwilowym przypływem weny. Niestety, nie miałam warunków do dłuższego pisania, a miałam straszną ochotę. Teraz nie umiem swoich myśli ubrać w słowa, więc ..wstawiam to krótkie coś ; )
 PS: to nie jest kompletnie związane z opowiadaniem, które tu kiedyś wstawiałam ;3


 Niewielka jest strata tych, którzy polegli. To ci, którzy przeżyli cierpieli prawdziwie, bardziej dotkliwie. Lęk wionął swym trującym oddechem każdego... czeluście mroku były jedyną ostoją, jedynym azylem, a i tak dusze rozrywała żałość i smutek.


Ci najbliżsi. Ci najukochańszy.

Słowa uderzały prosto w czuły punkt. Od teraz czeka nas tylko samotność i ból.


  Katusze... Przeżywam katusze! Ale czy na pewno przeżywam? Czyż ten ból pozwoli przeżyć?

Lecz co to za życie w samotni. Nie mogłam dopuścić do siebie myśli, że to wszystko to prawda. Wystarczyłoby jednak tylko otworzyć oczy. Rozejrzeć się. Wokół ciała, bezwładne, jeszcze ciepłe od krwi, która tętniła w nich do dzisiaj.

Dzisiaj.  Jutro. Pojutrze. Popojutrze?


Ale po co ?

czwartek, 13 czerwca 2013

Rozdział V

Proszę, przeczytajcie 'Ogłoszenia' po lewej stronie bloga. ; >  Rozdział nie jest dłuższy, tak jak obiecałam, jest wręcz króciutki, ale po prostu za długo nie dodawałam żadnego rozdziału i chciałam jak najszybciej coś dla Was wstawić ;)




 Słońce oślepiało swym blaskiem poprzez wielkie, staromodne okna mojego liceum. Do nowej szkoły chodzę już od dwóch miesięcy, ale chyba nigdy wcześniej nie byłam tu taka przerażona. Zaciskałam palce w pięść i marzyłam o tym, by znaleźć się pod ciepłą kołdrą, całkiem bezpieczna.
 To wszystko, czyli społeczność Dekretek zrobiło ze mnie wielkiego tchórza. Drżę na myśl o kolejnej awanturze z rodzicami. Pewnie i tak nie będę ich słuchać, tylko wspominać te miło spędzane chwile z Nathanem. Nathanem, którego muszę odrzucić i zranić.
 Na moje głębokie westchnienie zwrócili uwagę kumple Lucy. Jeden z nich podbiegł z zamiarem podstawienia mi nogi. W jednej chwili ogarnął mną potężny gniew i nie miały znaczenia już żadne zasady, ograniczenia, zakazy i nakazy… Nic mnie nie obchodziło.
 Stałam jak posąg wpatrując się wściekłym wzrokiem w tego nieszczęśnika. Chłopak był mocno zaskoczony i śmiał się z mojej miny. Ale mnie nie było do śmiechu. Jego koledzy chyba też skapnęli się, że coś jest nie tak.
 - David chodź, tej małej coś odbija…
 - NIE JESTEM MAŁA! – Coś we mnie pękło. Frustracja, irytacja… wszystko mną targało. Czułam, że robię coś złego i o dziwo sprawiało mi to przyjemność. Niezwykle głośno powtarzałam więc w myślach:

                                    In articulo mortis’

                                                            ‘W obliczu śmierci’

 Zerwał się gwałtowny podmuch wiatru. Dziewczyny siedzące naprzeciwko na ławce zaskoczone obserwowały jak strony ich książek poruszają się w rytm żywiołu. Zgromadziła się dość duża grupka osób wokół mnie i tego Davida. Stali w okręgu, pośrodku którego znajdowaliśmy się my: ja i ten biedny David. Zaklęcie z ‘Księgi uzdolnionych’ działało wedle mojego życzenia. Siało postrach. Widziałam lęk, rodzący się w oczach tego chłopaka, nieświadomego z kim ma do czynienia. Nie mógł wiedzieć, że ma zaszczyt patrzeć na wielką Rachel! Ha! Z dumą potrząsnęłam głową. 
 Wzrok cały czas miałam utkwiony w Davidzie, jednak potrafiłam wyczuć zaciekawienie i poruszenie tłumu. Nareszcie mogłam się wyżyć! Postanowiłam dać całkowity upust swojemu rozgoryczeniu, więc siłą mojego zaklęcia sprawiłam chłopakowi ból. Przelewałam na niego całą swoją złość. Trochę mnie przerażała moja bezwzględność. Mimo to, krzywdząc innych i łamiąc reguły cieszyłam się jak dziecko.
 Gdy tak rozmyślałam nad swoim egoizmem poczułam silny ucisk w okolicach serca. Zdezorientowana przerwałam kontakt wzrokowy i trzymałam się kurczowo za pierś. Kolana się pode mną uginały, nie miałam na nic siły, chciałam umrzeć. Posłyszałam donośny wrzask tłumu, ale była to ostatnia rzecz, którą zapamiętałam. W głowie toczyłam bowiem walkę ze swoim sumieniem. Chciałam… chciałam zobaczyć co z Davidem… ale nie mogłam. Osunęłam się na podłogę i straciłam przytomność.
***

  Dekretko Rachel, twoje zachowanie było haniebne. Złamałaś mnóstwo zasad bezpieczeństwa. Miałaś chronić ludzi, a nie ich krzywdzić-  

głos Sarah ranił moje uszy. Najgorsze było to, że nic nie widziałam! Czerń! Wszędzie… Strach ścisnął mi gardło.


Twoja opiekunka Miri zostanie wypędzona ze świata strażniczek. Ty zaś zostaniesz umieszczona na pół roku w pałacu razem z innymi Dekretkami. Takie jest moje postanowienie i nie radzę ci próbować postępować wedle własnej woli. Zatrzymałam czas i zmanipulowałam umysły tych nieuzdolnionych, którzy byli świadkami twojego karygodnego zaniechania tajności i użycia zaklęcia. Przywrócę ci wzrok, ale pamiętaj: następnym razem nie będę taka wspaniałomyślna. Jeszcze jeden tego typu wyskok, a zniszczę cię, Dekretko Rachel.

Ocknęłam się. Patrzyłam wprost przed siebie. Zamrugałam i ze szczęścia, że widzę, rozpłakałam się. Z niedowierzaniem rozglądałam się i ocierałam gorące łzy.
 Jakie to dziwne. Pierwszy raz jestem świadkiem zatrzymania się czasu. Chyba nie muszę sama go wznawiać…? W tym momencie mój wzrok padł na leżącą obok mnie miniaturkę skrzydła anioła. Gdy ją podniosłam, rozbrzmiał delikatny głos Miri:
                                   

                             Ad calendas Graecas’
                                                       ‘Na czas nieokreślony’

Ze skruchą podniosłam się z podłogi i nie wiedząc gdzie utkwić wzrok, w skupieniu powtarzałam w myślach zaklęcie podane przez moją byłą opiekunkę. Za trzecim razem poczułam się jakbym kliknęła przycisk PLAY. W jednej chwili rozgorzał codzienny, szkolny gwar. David i jego koledzy stali na boku. Uśmiechnęłam się niepewnie i ruszyłam szybko korytarzem, bojąc się, że mnie zaczepią. Schodami dotarłam pod bibliotekę szkolną, gdzie Nathan miał w zwyczaju przebywać. Tak jak przypuszczałam, siedział na parapecie ze strapioną miną i słuchawkami w uszach. Podbiegłam z ciężkim sercem i usiadłam obok niego.
 - Jesteś! Już się bałem, że nie przyjdziesz… - uśmiechnęłam się ładnie specjalnie dla niego, by taką mnie zapamiętał. Nie zobaczymy się przecież przez pół roku!
 - Nathan, nie wiem do końca co chcesz ode mnie usłyszeć, bo nigdy nie mówiłam ci, że chcę z tobą być. Jasne, zaiskrzyło między nami na początku, ale to było chwilowe - z determinacją kłamałam. Kłamałam, by nas chronić. Kłamałam, by nie narażać go na niebezpieczeństwo gniewu Sarah i opiekunek. Nie jestem tylko zwykłą nastolatką, jestem przede wszystkim Dekretką. A mimo to kocham... Spojrzałam mu lękliwie w oczy i widziałam jak powoli przetwarza to, co mu powiedziałam. Gdy do niego wreszcie dotarło, prychnął z niedowierzaniem- Jest jeszcze coś, co muszę ci powiedzieć. Nie będziemy się widzieć przez sześć miesięcy. – Wyrzuciłam to z siebie. Dwie straszne dla niego wiadomości.
 - Jak to? Gdzieś wyjeżdżasz? –Teraz był wyraźnie wstrząśnięty.
 - Wyjeżdżam…?- odparłam nieprzytomnie- Ach! Tak, tak, wyjeżdżam. Z rodzicami. Na Majorkę. – wymyśliłam na poczekaniu. – Wiesz, marzył im się dawno taki wyjazd, więc…
 - Ale na sześć miesięcy? A co z ich pracą, przecież…
 - Już sobie znaleźli tam jakąś pracę, także nie ma z tym problemu. Miło, że się troszczysz – I wpędzasz mnie w kolejne kłamstwa. Milusio.
 - Uhm. To powodzenia na Majorce- rzekł smutno, zeskoczył zgrabnie z parapetu i ruszył po schodach.
 Patrzyłam za nim ze smutkiem. Zasługiwał na większe wyjaśnienia, jestem beznadziejna.
 Dzwonek.

piątek, 24 maja 2013

Rodział IV

 Drżącymi dłońmi macałam klamkę frontowych drzwi mego prawdziwego domu. Mój anormalny umysł cały czas analizował to, co wydarzyło się tam, w pałacu. Gniew Sarah i jej zawiedzione spojrzenie... Inne Dekretki wymieniające coraz to nowe wyzwiska w moją stronę... Dość. Nie dam sobą pomiatać. Trzasnęłam drzwiami, na co moja mama wybiegła do przedpokoju trzymając ścierkę do naczyń.
 - Co ty robisz? Wiecznie trzaskacie tymi drzwiami, chcesz je popsuć?? - Jej mina wyraźnie wskazywała na to, że ma ochotę narzekać na mnie przynajmniej z pół godziny, więc mimo bolącego z głodu żołądka poszłam na górę do swojego pokoju.
 Czarne ściany napawały mnie obrzydzeniem. Zwykle koiły ból i zmęczenie, a teraz... Wszystko mnie denerwowało. Obrzuciłam groźnym spojrzeniem swoje czerwono-czarne łóżko, zadbany czerwony dywan i moje plakaty z thrash metalowymi zespołami. Rzuciłam się ze wściekłością na łóżko, specjalnie hałasując. Chciałam wkurzyć mamę, chciałam, żeby przyszła i mną wstrząsnęła. Potrzebuję chłodnego myślenia, a tymczasem emocje brały górę. Byłam kłębkiem nerwów. Waliłam w poduszkę, próbując wyładować swoją wściekłość. Nikomu chyba na mnie nie zależy! Nikogo nie interesuje to, że sobie nie radzę. Tyle jest ludzi, chcących się czymś wyróżniać, chcących być innymi... Więc czemu ja? Tak bardzo pragnę świętego spokoju! Zwyczajnie nie chcę być Dekretką z tymi głupimi zasadami, z tymi zakazami i nakazami. Bez wolności, wiecznie kontrolowana. Czy tak będzie zawsze? Nawet nie mogłam dopuścić takiej alternatywy. Dopóki jednak nie znajdę swego podopiecznego, moje życie nie ulegnie zbyt wielkim zmianom. A najlepsze jest to, że nie wiem już sama czy tych zmian oczekuję! Nic już nie wiem...
 Łzy kręciły mi się w oczach, a perspektywa pójścia do szkoły raniła mnie jeszcze bardziej. Z przerażeniem patrzyłam w przyszłość. Czekała mnie przecież poważna rozmowa z Nathanem. Nie bardzo rozumiem, co on chce ode mnie usłyszeć. Nie mogę mu powiedzieć prawdy. Nie mogę też związać się ze zwykłym człowiekiem. Czy będę jednak potrafiła go okłamać? Spojrzeć prosto w oczy i opowiedzieć mu bajkę, że jest mi obojętny? Mam poważne wątpliwości co do swoich umiejętności aktorskich.
 Zegarek wskazywał 7:00, pora się zbierać. Perspektywa spotkania z Lucy trochę poprawiała mi humor. Ona zawsze wiedziała co robić gdy mam gorszy dzień. Źle mi tylko z tym, że nie mogę się jej zwierzyć. Chciałabym móc być z nią szczera... Czy za dużo wymagam?
 Wstałam i chwiejnym krokiem podeszłam do lustra. Moja twarz przerażała. Pod oczami pojawiła się nieestetyczna opuchlizna. Zrezygnowana otworzyłam szufladę toaletki szukając jakiegoś kremu na to paskudztwo. Szukałam go jakieś 3 minuty, szperając w stosie różnorodnych balsamów i rzeczy do makijażu. Z uśmiechem przeglądałam dawno nie używane kosmetyki. Krem nawilżający, kolejny krem, pomadki we wszystkich kolorach... Na co to wszystko? I tak mnie nikt nie pokocha, nie dano mi szans na miłość. Uśmiech natychmiast przygasł, a urocze dołeczki zniknęły. W oczach ponownie stanęły mi łzy. Stop! Muszę się opanować... Ale jest mi tak źle, że najchętniej zostałabym dziś w domu. Zdecydowanym ruchem osuszyłam oczy i szybko mrugając, nakładałam grubą warstwą emulsji ze świetlikiem. Westchnęłam z ulgą. Miłe uczucie chłodu na skórze dodało mi sił. Muszę się zmierzyć z Nathanem, mimo, że ta rozmowa nie mogła być przyjemnością. Gdy go okłamię co do mych uczuć, nasze relacje ograniczą się pewnie do 'cześć' mówionego obojętnym tonem. Za dużo o tym myślę, nie mogę pozwolić na kolejny potok łez.
 Wklepałam pozostałości kremu i założyłam soczewki. Z pośpiechu dziobnęłam się palcem w oko, które teraz niemiłosiernie szczypało. Cholera...
 W tym momencie mama weszła do pokoju. Widząc mnie ze łzawiącymi oczami znowu zaczęła krzyczeć.
 - Ty na prawdę myślisz, że ludzie nie mają większych problemów??? Ryczysz o byle co. Z ojcem staramy się zapewnić ci wszystko co najlepsze. Akceptujemy twoje... dziwne skłonności. Czy to ci nie wystarcza?? Myślisz tylko o sobie! Cały czas wysłuchuję, że jesteś nieszczęśliwa!!! Jesteś wiecznie pokrzywdzona, Rachel. Ja mam tego dość i jak tylko ojciec wróci z pracy to sobie porozmawiamy na temat twojego zachowania!!! - I nie dając mi szansy nawet wyjaśnić tej sytuacji wyszła z pokoju. Słyszałam jej tupanie na schodach, wskazujące na niezłą awanturę po szkole. Jęknęłam. Jeszcze to! Dzisiejszy dzień jest na prawdę pechowy.
 Zamierzałam się umalować, ale nie miałam już czasu. Wrzuciłam na siebie prostą, biało-czarną sukienkę przed kolana. Zerknęłam pospiesznym wzrokiem w lustro i oceniając mój wygląd na plus, wybiegłam z pokoju chwytając torbę z książkami. Nie dość, że czeka mnie męka związana z Nathanem, to na dodatek dostanę dziś przynajmniej dwie złe oceny. I to z przedmiotów, które są takie ważne! Rodzice będą mieć kolejny pretekst do wrzasków...
 Włożyłam czarne baleriny z kokardką i wyszłam z domu, wyjątkowo dbając o to, by nie trzasnąć drzwiami. Na przystanek pobiegłam, całkowicie rozwalając sobie robiony na szybko kucyk. Gdybym mieszkała, jak większość Dekretek w pałacu, nie chodziłabym do szkoły. Wszystko byłoby łatwiejsze, ale nie chcę zatracić mojej ludzkości. Tęsknię za prozą życia. Jednak ostatnie wydarzenia wyraźnie pokazały, że nie radzę sobie z podwójną osobowością.
 Okazało się, że niepotrzebnie się tak spieszyłam, bo tramwaj spóźnił się pięć minut. Wsiadłam i ze zdziwieniem rozejrzałam się. Było mało ludzi i udało mi się po raz pierwszy zająć miejsce siedzące. Otworzyłam moją czerwoną torbę z zamiarem znalezienia słuchawek, ale okazało się, że zostawiłam je w pokoju, na szafce nocnej. Jak pech to pech, chyba zacznę wierzyć w fatum. Wpatrywałam się tępo w szybę, użalając się trochę nad sobą. Po chwili poczułam jednak, że jestem obserwowana. Ze strachem oderwałam wzrok i spojrzałam się dyskretnie w lewo. Przeczucie mnie nie myliło, jakaś elegancko ubrana kobieta siedziała z teczką kurczowo na brzegu siedzenia i patrzyła na mnie czujnym spojrzeniem. Byłam pewna, że się zmiesza, że ją przyłapałam, ale nieznajoma tylko uśmiechnęła się delikatnie. Obruszyłam się i zmierzyłam ją wzrokiem. Nie byłam w nastroju na jakieś uprzejmości, tym bardziej, że kompletnie jej nie znałam. Postanowiłam więc to wszystko zignorować i wróciłam do moich depresyjnych rozmyślań. 
 Dwadzieścia minut drogi do szkoły minęło w zaskakująco szybkim tempie. Wysiadłam z autobusu zgrabnym krokiem, obracając się na koniec i rzucając ostatnie pogardliwe spojrzenie na tę dziwną, obcą mi kobietę. Idąc chodnikiem próbowałam sobie wyobrazić coś przyjemnego, jednak już przy drzwiach wejściowych usłyszałam głos, którego tak bardzo usłyszeć nie chciałam.
 - Rachel! Hej, co tam? - zbliżył się do mnie, próbując pocałować w policzek. Odsunęłam się delikatnie, udając, że poprawiam torbę, po czym zerknęłam nieśmiało w górę, w jego czarująco piwne oczy. Nogi mi zmiękły i czując rozpacz zamierzałam go bezczelnie spławić, ale przerwał mi dzwonek. Spojrzałam tylko wymownie na budynek szkoły, nie mogąc wykrztusić z siebie choćby słowa. Starając się nie patrzeć na niego, ruszyłam do środka, wbiegając do szatni. Rzuciłam torbę na ławkę i oparłam się o ścianę. Oddychałam głęboko, wyjmując telefon. Jestem już spóźniona, trzeba iść. Wzięłam się w garść i podniosłam torbę zamaszystym ruchem, nie przebierając nawet butów. Nie po to założyłam dziś balerinki, by zmienić je na stare trampki. Weszłam na górę do sali matematycznej. Spędziłam w niej dwie godziny, prawie śpiąc na ławce i podpierając dłońmi podbródek. 
 Na przerwie dopadła mnie Lucy, jak zwykle ze szczerym uśmiechem na twarzy. Nie chciałam psuć jej nastroju, więc przytuliłam ją mocno, chcąc ukryć swą twarz. Próbowałam przybrać mniej zbolałą minę i chyba mi się udało, bo aż do piątej lekcji nic się nie wydało. Wielkimi krokami zbliżała się jednak długa przerwa, idealna na dłuższą rozmowę... Po dzwonku wyraźnie pobladłam i wtedy dopiero wygadałam się Lucy, co mnie trapi. 
 - Trzymam kciuki, poradzisz sobie. Od zawsze uważałam, że on nie jest dla ciebie. - Ona myśli, że nie chcę z nim być, bo jest nie lojalny i flirtuje ze wszystkimi dziewczynami. Nie będę wyprowadzać jej z błędu, bo i tak nie mam jej nic ciekawszego do powiedzenia. Niech tak zostanie, tak jest wygodniej.
 - Dzięki, to ja idę szukać Nathana - uśmiechnęłam się smutno i ruszyłam samotnie korytarzem. 
*** 
 Jak zwykle proszę o uwagi i opinie ;))

wtorek, 14 maja 2013

Rozdział III

 Biegłam przez aleję Dekretek jak szalona. Byłam spóźniona już godzinę i bałam się konsekwencji. Mijałam drzewa i krzewy, nie mogąc jednak do końca cieszyć się ich urokiem- było jeszcze ciemno. Codziennie wstaję o 4 rano, by odbyć rytuał i wysłuchiwać coraz to nowych reguł. Starałam się nie myśleć o tym, że dziś czeka mnie spotkanie z Nathanem, któremu odpowiem na oskarżenia, że go ignoruję i lekceważę. Rozmowa jest nam potrzebna, ciężko jest siebie unikać. Nie mogę, a przynajmniej nie powinnam teraz skupiać się na tych nastoletnich, błahych sprawach. Jestem przecież poważna i sumienna. Moje nowe JA.
 Wreszcie dotarłam do wielkiej żelaznej bramy, na której uchwytach wyryte były inicjały każdej z nas. Dekretki, które porzuciły raz na zawsze świat ludzi miały tu swoje luksusowe apartamenty. Nie pokrywało się to wszystko z moimi wyobrażeniami o 'Ludzkich Aniołach Stróżach'. Zawsze myślałam, że powinny być to skromne, empatyczne stworzenia o dobrotliwych uśmiechach i pobłażającym spojrzeniu. Dekretek w żaden sposób nie można takimi epitetami obdarzać. Oczywiście każda z nas ma, jak to tłumaczyła nam złotowłosa Sarah: " Czyste, nieskalane egoizmem serce". Pamiętam, że gdy się o tym dowiedziałam byłam zawstydzona, bo bynajmniej nie byłam grzeczną dziewczynką.
  Szłam wolnym, niepewnym krokiem potykając się co chwilę. Nie wiedziałam, jak opiekunki reagują na złamanie postanowień z 'Księgi Uzdolnionych'. Spóźnienie oznaczało bowiem przesunięcie godziny rozpoczęcia rytuału, co powodowało nieznane konsekwencje dla świata nadnaturalnego. Obróciłam się i rzuciłam tęsknym wzrokiem na bramę, która oddzielała mnie od świata, który tak kochałam. Był określony, przewidywalny, a co za tym idzie, stabilny. Czułam się w nim bezpiecznie i uwielbiałam do niego wracać.
 Zniecierpliwione Dekretki siedziały na eleganckich, staromodnych kanapach w salonie znienawidzonego przeze mnie pałacu z białego marmuru. Ściany wzbudzały we mnie wstręt i wątpiłam, czy kiedykolwiek przyzwyczaję się do nowego 'domu', jakim chcąc czy nie chcąc był. Popatrzyłam po kolei na każdą z nich i już miałam pytać gdzie są opiekunki, gdy usłyszałam powiew wiatru, zwiastujący przybycie samej Sarah. Przewodniczka Dekretek i ich opiekunek! W powietrzu wisiała więc wielka awantura. Nie skończyło się jednak jak zawsze na podmuchach. Po chwili wiatr obijał się dźwięcznie o białe ściany. Wichura nabierała na sile, a opiekunki słysząc ją przybiegły czym prędzej i przerażone opadły bezsilnie na na podłogę, zaciskając pięści z bólu. To gniew Sarah dawał im się we znaki. Poczułam się okropnie, to przeze mnie cierpiały. Chciałam biec, chciałam jakoś wezwać przewodniczkę i błagać o litość, ale nie wiedziałam jak. Każda chwila była katorgą. Patrzyłam po zniesmaczonych i oszołomionych Dekretkach i w duchu krytykowałam je za ich bezczynność. Były bardziej doświadczone, na pewno dało się coś zrobić!
 Nagle Sarah ukazała się na środku salonu z zamkniętymi oczami mamrocąc zaklęcia. Wiatr ustawał, a opiekunki otwierały umęczone oczy i wyrażały swoje podziękowania za ułaskawienie wykonując błogosławiące gesty.
- Czy zdajesz sobie sprawę z powagi sytuacji, sługo Rachel? Czy zarówno ja, jak i opiekunki nie wyraźnie wyjaśniałyśmy wam bezwzględne zasady? Reszta młodych Dekretek nie miała większych problemów ze zrozumieniem nas. Zawiodłam się, byłam przekonana, że dotarło do ciebie, jak ważne...
- Niezmiernie przepraszam, po prostu zaspałam, ludzka rzecz - tłumaczyłam się drżącym głosem patrząc w podłogę.
- Po pierwsze, nie przerywaj swojej przewodniczce. Po drugie, twoje przeprosiny nic nie zmienią, a po trzecie, nie jesteś zwykłym człowiekiem, któremu wolno zaspać, Rachel. Dzisiejsze spotkanie niniejszym odwołuję, nie możemy przeprowadzać rytuału o tej porze. Wstydź się, Dekretko - Sarah wzbiła się znów w powietrze i niczym duch opuściła salon. Gdy tylko tak się stało rozgorzały gorące dyskusje na mój temat i obelgi. Nie chciałam tego słuchać, wróciłam do swojego prawdziwego świata, mimo, że i tam nic mi się nie udaje.


***
Rozdział krótki, ale treściwy. Mam nadzieję, że Wam się spodoba, zostawiajcie uwagi i pomysły ;)

sobota, 4 maja 2013

Rozdział II

 Słoneczny dzień przywitał stan California, więc z większym zapałem niż zwykle zaczęłam szykować sobie śniadanie. Po moich ulubionych cynamonowych płatkach śniadaniowych poszłam do swojego pokoju. Wyjęłam z szafy moje ulubione zestawy ubrań i rozłożyłam je na łóżku. Przysiadłam na jego brzegu i westchnęłam. Już tydzień chodzę do nowej szkoły i wszystko ułożyło się tak jak chciałam, ale to bolesne uczucie straty po przyjaciołach nadal jest i nie mogę się go pozbyć. Byłam przekonana, że to minie. Jest jednak coraz gorzej i czuję, że każdy uśmiech na mojej twarzy wywoływany przez nowych znajomych nie obejmuje moich czarnych oczu. Z rozżaleniem wstałam i podeszłam do toaletki. Spojrzałam w lustro i związałam swoje blond włosy w kucyk. Przeglądałam się w lusterku, śledząc swoją twarz i badając ją. Dłońmi błądziłam po delikatnych kościach policzkowych, bladych ustach i zgrabnym nosku. Wodziłam wzrokiem po całym swoim ciele. Zrezygnowana spojrzałam na zegarek i otrząsnęłam się z zadumy. Jak co dzień, przede wszystkim kamuflaż. Nie mogę straszyć innych czarnymi jak noc oczami. Jeszcze 3 miesiące temu ich miejsce zajmowały błękitne tęczówki... Teraz wszystko jest inne, nawet mój wygląd. Założyłam nerwowym ruchem niebieskie szkła kontaktowe i na pół dnia stałam się znów normalną dziewczyną. Zdecydowałam się na luźny t-shirt, czarne spodnie i glany. Zadowolona z efektu spojrzałam w lustro. Postanowiłam zrobić dziś nieco mocniejszy makijaż i na moich powiekach widniały grube czarne kreski. Zamrugałam swoimi naturalnie długimi rzęsami i uśmiechnęłam się do swojego odbicia. Czas pokazać im wszystkim, że nie jestem jeszcze stracona.
*
 W szatni przywitała mnie Lucy ze swoją koleżanką, za którą nie przepadałam. Dziewczyna miała nudny głos i we wszystkim naśladowała Marilyn Monroe. Nadęta panna. Zazwyczaj nie szufladkuję ludzi, ale co do niej wyrobiłam sobie dość negatywną opinię. 
- Co taka mina? Uśmiechnij się, zaraz mamy zajęcia z malarstwa...Masz może pomadkę? - machnęła głową odganiając grzywkę z twarzy. Lucy uśmiechnęła się pobłażliwie i mrugnęła do mnie.
- Emma daj spokój, nie mamy czasu. Jak minął ci wczorajszy dzień, Rachel? Załatwiłaś te papierkowe sprawy? Strasznie żałuję, że nie byłaś z nami wczoraj u Nathana. I on chyba też! - Wybuchnęła śmiechem i podbiegła do grupki chłopaków, wśród których był on, Nathan. Że też dzisiaj nie założyłam czegoś bardziej dziewczęcego! 
- Cześć Rachel - podszedł do mnie i pocałował w policzek. Chyba się zarumieniłam, bo Lucy patrząc na mnie zakrztusiła się colą którą piła, byle tylko pokazać mi jeden z naszych umówionych sygnałów awaryjnych. 
- Hej. Przykro mi, że nie mogłam być wczoraj u ciebie, ale miałam ważną sprawę do załatwienia. Impreza się udała? - Oby powiedział nie, oby powiedział, że ze mną byłoby fajniej...
- Było okej - odpowiedział nie patrząc mi w oczy. Lucy szarpnęła mnie za ramię i krzycząc do innych, że zaraz będzie dzwonek poprowadziła korytarzem. 
- Co ty wyprawiasz, Lucy ??? Chciałam tam zostać i wypytać Nathana o...
- No właśnie! Daruj sobie. Nathan jest fajny, owszem, ale nie angażuj się. On zarywa do każdej w tej szkole. Uspokój się i odpuść.
- Nie uspokoję się, bo wiem, że nie masz racji! - Znów spaliłam buraka, ale patrzyłam na nią wściekłym wzrokiem starając się przekonać samą siebie. Rozległ się dzwonek na zajęcia. Wchodząc do klasy czułam się jak w transie i nawet nie pamiętałam, kiedy usiadłam w ławce. Zamiast słuchać nauczycielki moje myśli były zajęte Nathanem. Lucy co jakiś czas posyłała mi rozdrażnione spojrzenia, ale nie obchodziło mnie to co ona o tym myślała. To nie jej sprawa. Potrzebuję zainteresowania i miłości, nie mogę odrzucać od siebie myśli o szczęśliwym związku. I nagle uderzyło we mnie straszne przeczucie, że to wszystko i tak nie ma sensu, bo nie mogę być z kimś nie posiadającym Umiejętności. Przez cudowny tydzień prawie zapomniałam o tym, że nie jestem normalna, że nie mam szans na zwykłe życie. Nawet nie wiem kiedy łzy napłynęły mi do oczu, a w gardle pojawiła się dławiąca gula... Pochyliłam głowę i rozpuściłam włosy, zasłaniając twarz. Zapominając o makijażu rozpłakałam się jak dziecko. Gorycz niesprawiedliwości nie pozwoliła mi na opanowanie. Byłam zła na siebie, na rodziców a nawet na Bogu ducha winnego Nathana... Obwiniałam wszystkich całkiem bezpodstawnie, byle odciążyć swoje sumienie i usprawiedliwić swoją słabość. Wyjęłam telefon i widząc, że zostało mi tylko 5 minut do końca lekcji, spróbowałam się uspokoić. W panice wycierałam oczy chusteczką, czując na sobie spojrzenie Lucy. Ale ja nie chciałam jej litości. Nie dzisiaj. 
 Po wyjściu z sali oddaliłam się od ludzi z mojej klasy i prawie biegiem ruszyłam do łazienki. Rzuciłam się do umywalki i opryskałam zimną wodą rozpalone policzki. W lustrze patrzyły na mnie fałszywie niebieskie oczy. Wściekła, zdjęłam soczewki zamierzając wyjść do nich wszystkich i pokazać kim jestem. Po raz pierwszy poczułam, że moje rozgoryczenie przeradza się w chęć zemsty... Drżały mi ręce i krew szumiała w uszach. Przyglądałam się swojemu odbiciu wbijając powoli paznokcie w policzki. Powoli uchodziła ze mnie złość. Na całe szczęście zdążyłam się opanować, zanim ktoś mnie zobaczył. Pośpiesznie włożyłam szkła kontaktowe i zmusiłam się do uśmiechu. Opuszczając łazienkę czułam się zagubiona. Wiedziałam bowiem jak mało brakowało bym chwilę złości przepłaciła życiem. W mojej głowie dźwięczały słowa mojej przysięgi przed przewodniczką Sarah:  " ...I nie pozwolę ludziom cierpieć za moje grzechy...I nie będą oni wiedzieć o mojej naturze... ".
***

wtorek, 30 kwietnia 2013

Rozdział I

Hej ;) Będę pisać opowiadanie .. Już dawno postanowiłam, że pora na pisaninę na blogu, ale nigdy nie miałam czasu.. Oficjalnie ogłaszam więc wszem i wobec, że będzie to opowiadanie FANTASTYCZNE xd Trzymajcie kciuki, żebym podołała wyzwaniu ;))

***
 Szłam niepewnie szkolnym korytarzem potykając się co chwilę o porozrzucane, markowe zresztą plecaki. Zdążyłam się już zorientować, że każdy kto nie posiada drogich ubrań i gadżetów jest w tym liceum nikim. Z wielkim żalem pożegnałam moją ukochaną, ale starą torbę, którą dostałam od taty jeszcze przed TYM dniem. Nie chciałam na samym początku być skreślona, nie chciałam być outsiderem, nie zniosłabym tego. Zawsze byłam typową 'liderką' w moim ukochanym gimnazjum na Camp Street 233. Ale te czasy to zamknięty rozdział. To co było... nigdy nie wróci i muszę się z tym pogodzić, nie mogę wiecznie żyć przeszłością, jak to było w wakacje. Najgorszą rzeczą w tym wszystkim było to, że zerwałam kontakt z przyjaciółmi, których znałam całe moje życie i byli mi bliżsi niż rodzone siostry. Jane i Natalie są dla mnie teraz kompletnie obcymi osobami. Bólu, jaki czułam gdy widziałam w ich oczach niezrozumienie i rozczarowanie nie da się opisać. Najgorsze jest to, że nie mogłam im wytłumaczyć, pożegnać się, lecz musiałam ich potraktować jakby byli mi obojętni, jakby te lata przyjaźni były dla mnie niczym... Wiem, że ich zraniłam. Wszystkie moje słowa, każdy gest będą uważali za nieprawdziwe... Ciężko jest się oswoić z faktem, iż zostało się samemu. Mam jedynie rodziców, którzy nie wspierają mnie tak jak powinni. Nie rozumieją, czemu ich córka jest inna. Być może są mną zawiedzeni. Jakby to ode mnie zależało kim jestem. Nie pozbędę się moich umiejętności, ani tego kim się urodziłam. Zdaję sobie sprawę, że zniszczyłam ich marzenia o normalnej rodzinie, o sielance... Tylko dlaczego nie próbują mnie wesprzeć? Przecież dla mnie TO też jest czymś nieznanym... Mimo to zostawili mnie z tym samą.
 - Te! Marzycielka!!! Uważaj jak chodzisz ! - Jakiś chłopak ryknął mi do ucha tak głośno, że zatoczyłam się i wpadłam prosto na grupkę dziewczyn stojących do mnie tyłem. 
 - Przepraszam! Przepraszam! Jezu, ja to jak zawsze, nic ci nie jest? - krzyknęłam do jednej z nich powalonej przeze mnie na podłogę. Miała długie brązowe włosy i pomalowane na czarno paznokcie. Mój wzrok padł na jej koszulkę Slipknot i glany. Uśmiechnęłam się. Też słuchałam metalu. Jej wzrok był jednak przeszywający. Miałam wrażenie, że lada chwila wybuchnie. Szybko uśmiech zszedł z mojej twarzy i już zbierałam się, żeby znów ją przeprosić, gdy ta wybuchnęła śmiechem. Zszokowana patrzyłam na nią jak na idiotkę. Wszyscy nas obserwowali, zbiegli się nawet patrolujący korytarze nauczyciele, a ja nadal leżałam na podłodze próbując zrozumieć jej zachowanie. Wyglądało to wszystko wyjątkowo komicznie, i nie wytrzymałam. Śmiałyśmy się razem i wśród zgromadzonych ludzi też rozbrzmiewały chichoty. Zdawałam sobie sprawę, że igrałam z nowymi nauczycielami i może to zaważyć na mojej opinii u nich, ale nie to było już moim priorytetem. Pomyślałam sobie, że fajnie byłoby zawrzeć z tą dziewczyną przyjaźń. Z tego co zauważyłam ma ona spore znajomości w szkole. Byłby to dobry start.
- Jestem Rachel- śmiejąc się podałam jej rękę. Byłam w tym momencie zadowolona, że pomalowałam paznokcie na czarno a nie na biało, jak to miałam zamiar.
- A ja Lucy. Jesteś z pierwszej? Nigdy wcześniej cię nie widziałam...
- Dość tego. Idziecie do dyrektora, żadne uczennice nie będą robiły w naszej szkole takiego zamieszania!- Nauczycielka, którą minęłam wchodząc do szkoły była wyraźnie wściekła.
- Niech sobie pani da spokój, już idziemy. Ej, ludu koniec przedstawienia!!!- Lucy mrugnęła do mnie i wstając machnęła na mnie ręką. Szybko się podniosłam i dogoniłam ją.
- Więc? Nie odpowiedziałaś mi na moje pytanie. Ta, która groziła dyrektorem to Wilson. Pamiętaj, żeby nigdy nie żuć gumy u niej na historii sztuki. - Byłam pozytywnie zaskoczona jej bezpośredniością. Odniosłam wrażenie, że znamy się od bardzo dawna, a nie pamiętam kiedy ostatnio tak swobodnie z kimś rozmawiałam.
- No tak, jestem nowa. Nawet nie znam jeszcze nikogo z mojego roku. Musisz mi wszystkich przedstawić- Wyszczerzyłam się do niej. Jane zawsze mówiła, że mam rozbrajający uśmiech i teraz będzie mi on naprawdę przydatny. Lucy wybuchnęła perlistym śmiechem, który tak mnie bawił, tam na korytarzu, kiedy turlałyśmy się po podłodze jak wariatki.
- Niczym się nie przejmuj, wprowadzę cię w towarzystwo. Jestem w 4 klasie, więc znam tu wszystkich. Musisz wiedzieć, że jestem tu postrachem kotów. Co roku męczymy pierwszoklasistów całą bandą. Ale ty się możesz czuć bezpiecznie, polubiłam cię.
- Czuję się zaszczycona- wywróciłam oczami i dźgnęłam ją łokciem - W każdym razie jak cię zobaczyłam to od razu wiedziałam, że jesteś tu kimś - spojrzałam wymownie na jej koszulkę Slipknot.
- Nie pasuje ci coś? Wiesz, jeżeli chodzi o muzykę, to nie warto ze mną się droczyć...
- No co ty! Nie miałam nic złego na myśli - Oj, wrażliwa na swoim punkcie. To nie dobrze, muszę być ostrożniejsza - Też słucham metalu i hard rocka. A Slipknot jest naprawdę okej. Wyluzuj - spojrzałam na nią badawczo.Muszę wyłapywać każdą jej reakcję, każdy gest. Muszę się nauczyć jej stylu bycia i wiedzieć jak reagować. Jest to jedno z przykazań Dekretek.
- No no..! Czułam, że jesteś spoko, ale nie miałam pojęcia, że aż tak! - Stuknęłyśmy się biodrami i śmiejąc się chodziłyśmy po korytarzach na każdej przerwie między lekcjami. Poznała mnie chyba z całą szkołą i czułam, że cały mój strach przed pierwszymi dniami w szkole był zupełnie bezpodstawny. 
                                                                  ***

 
 Rozdział na razie nie zawiera zbyt wielu opisów bohaterek, ani głównego wątku, czyli świat Dekretek, ale taka jest moja koncepcja ;)) Będę stopniowo ujawniać Wam szczegóły. Zostawcie komentarze, może jakieś uwagi??? Na pewno coś znajdziecie ;) Możecie też zadawać pytania dotyczące bohaterów, a w kolejnym rozdziale postaram się udzielać odpowiedzi xd